Grzech czy nie grzech? Grzechy zaniedbaneŚwięta, święta i po świętach…
Już prawie zapomnieliśmy o przedświątecznych zakupach — jedzenia i prezentów. Oraz o długiej kolejce do spowiedzi. Świąteczne potrawy zjedzone. Prezenty rozpakowane, obejrzane i odłożone. Teraz — dzień, jak co dzień. Kiedy ktoś zapyta „Co u Ciebie?”, odpowiemy „Wszystko po staremu”. Święta, święta i po świętach. Wracamy do „normalności”, tak, jakby nic się nie wydarzyło… A potem — kolejne święta, jeszcze raz kolejka do konfesjonału, tylko tym razem zamiast kupowania prezentów będzie święcenie jajek. Wypada się pokazać w kościele te dwa razy w roku. I znów — „wszystko po staremu”.
Jeśli tak to wygląda, to święta były zmarnowanym czasem. Jeśli przychodzę do kościoła tylko na święta, „bo taka tradycja”, to równie dobrze mógłbym nie przychodzić wcale — przynajmniej nie miałbym złudzeń, że jestem katolikiem.
Jeśli z takim nastawieniem przychodzę do przedświątecznej spowiedzi i z góry nie zamierzam nic zmieniać, a w kościele i tak zjawię się nie wcześniej, niż na kolejne święta, to nie miała sensu taka spowiedź — była wręcz świętokradztwem.
Jeśli jednak staram się nawet co niedziela być na Mszy, to dlaczego wkrótce po świętach przestaję już przystępować do Komunii świętej? Czy nie dlatego, że wraca „dzień, jak co dzień” i „nie czuję się godny”? Co zmieniają te święta w moim życiu, że warto je w ogóle obchodzić? Jeśli wracam do sposobu życia takiego, jak przedtem, bo „inaczej się nie da”, to po co właściwie przyszedł na świat Jezus Chrystus? Może przedświąteczna spowiedź — na Boże Narodzenie i Wielkanoc — jest tylko rytuałem, w którym wypada uczestniczyć, żeby przystąpić do kolejnego rytuału, świątecznej Komunii świętej. „Bo tak mnie nauczono”. A kryje się za tym wielka duchowa pustka. Wygląda na to, że w mojej codzienności Pan Bóg nie ma mi nic do zaoferowania.
Nie ma prostego podziału na tych, którzy przeżywają święta powierzchownie i na tych, którzy wyraźnie widzą ich głębię. Wszyscy zapominamy i wszyscy potrzebujemy regularnego przypominania o tym, co najważniejsze. Taka jest nasza natura. Byleby być świadomym swojej słabości i pozwalać sobie pomóc. Rok liturgiczny ma swój stały rytm: Adwent, Boże Narodzenie, Środa Popielcowa, Wielki Post, Wielkanoc, Zesłanie Ducha Świętego, Okres Zwykły — z wieloma jeszcze innymi wydarzeniami po drodze. Jak pory roku. Skoro co roku odbywa się to samo, to nie ma się co martwić, że w naszym życiu również dzieje się to samo. Byleby nie było cały czas tak samo. Byleby każde święta pogłębiały choć odrobinę bardziej świadomość tego, kim jest Bóg i kim ja jestem. Byleby wyznawane podczas spowiedzi grzechy – nawet te same – nie działy się dokładnie w taki sam sposób i tak samo często. Byleby mieć postawę człowieka, który zawołał do Jezusa „Wierzę, ale zaradź memu niedowiarstwu” i z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc pogłębiać swoją wiarę i wydobywać się coraz bardziej z niedowiarstwa.



