Ksiądz Jerzy oczyma bratanka z Chicago
Kościół ma nowego błogosławionego, a Chicago jego bratanka. Przyzwyczailiśmy się, że o świętych i błogosławionych czytamy w książkach. Rzadko się zdarza, że możemy o nich porozmawiać z ich rodziną. Marek Popiełuszko jest synem starszego brata błogosławionego księdza Jerzego Popiełuszki, Józefa. Od 22 lat mieszka w Chicago, a dokładnie w Prospect Heights. Księdza Jerzego pamięta doskonale, miał czternaście lat, gdy go zamordowano. Dużo czasu spędzał u dziadków w Okopach, właściwie był tam każdego lata, podczas wakacji i ferii zimowych. Wraz z innymi chłopakami zawsze myli księdzu Jerzemu jego zielonego Fiata 127p. A wujek przywoził im za to słodycze, obrazki. Przed osiemdziesiątym rokiem, gdy częściej przyjeżdżał, przywoził też slajdy. Ludzie ze wsi zbierali się wieczorami u Popiełuszków. Zapełniali ustawione ławki, a ksiądz Jerzy wyświetlał im różne slajdy, najczęściej z misji i opowiadał.
Nazwisko Popiełuszko, gdy wraz z żoną Urszulą, przedstawiają się Polakom w Chicago, raczej nie wzbudza sensacji. „Niektórzy może są zaskoczeni, inni zdziwieni, bo dużo ludzi podawało się tu nieprawdziwie za rodzinę księdza Jerzego”— twierdzi Marek Popiełuszko. Sam spotkał się nawet z tym, że ktoś podszywając się pod nich zbierał pod jednym z kościołów pieniądze na jakiś rzekomo wzniosły cel. „Jest to trochę moja wina, bo się dotąd nie ujawniałem. A właściwie tylko my z żoną jesteśmy tu jedyną rodziną. Kiedyś spotkałem takiego kuzyna, jak przedstawiał się biskupowi, ale kiedy mnie zobaczył, szybko się zmył” — powiedział.
Choć wiedzą, że nazwisko Popiełuszko zobowiązuje, to starają się, tak jak ksiądz Jerzy, być normalni. „Żyjemy według przykazań, jak uczyli nas rodzice. Z domu pamięta, że zawsze rano i wieczorem wspólnie odmawiali pacierz. „Myślę, że jak w większości polskich rodzin w czerwcu było u nas nabożeństwo czerwcowe, w maju majowe, a w październiku różaniec. U babci zawsze ludzie spotykali się na modlitwę, razem też chodziliśmy piechotą od kościoła” — powiedział pan Marek.
Jak go zapamiętał?
Przede wszystkim jako wesołego człowieka. Niezwykłym w nim było to, że był zwykły. Niczym się nie wyróżniał, był spontaniczny, uśmiechnięty, jak każdy inny. „Dla mnie to był przede wszystkim wujek, teraz mówię ksiądz Jerzy. Wszyscy go kochali. Miał mało czasu. Był zawsze w biegu. Szczególnie przez ostatnie lata, gdy przyjeżdżał tylko na kilka godzin wyrywając się z Warszawy” — twierdzi pan Marek. Jak wielu w ich rodzinie, nie umiał pływać. Ten lęk przed wodą przywiózł z wojska.
Rodzina na początku niewiele wiedziała o działalności księdza Jerzego. „Mało nas wtajemniczał, nie mówił o tym, że był prześla dowany. Nam, dzieciom praktycznie w ogóle o tym nie mówił, bał się żeby nam się coś nie stało”— stwierdził pan Marek. O tym jak było naprawdę dowiadywali się, podczas wyjazdów do Warszawy. „Tam dowiedzieliśmy się, że wrzucili mu cegłę do sypialni, czy że pomalowali mu samochód farbą albo, że raz uszkodzili mu auto tak, że hamulce nie działały” — powiedział.
Wszystko, co dostawał oddawał innym. "Pamiętam kiedyś była taka sytuacja, że mój tato wiedział, że ksiądz Jerzy dostał buty z darów. Zapytał, czy nie mógłby nam ich dać. On popatrzył na nas i powiedział, że i tak mamy jak u Pana Boga za piecem" — wspomina pan Marek. Twierdzi też, że ksiądz Jerzy wiedział, komu dać, a dawał przede wszystkim ludziom poszkodowanym przez stan wojenny. „U nas, w małych miejscowościach tak się go nie odczuwało, ale jak jechaliśmy do Warszawy, to widzieliśmy: żołnierzy na ulicach, armatki wodne” — powiedział pan Marek.
Tego wieczoru nie zapomni nigdy
„Tato był w Niemczech, mama była na dyżurze w szpitalu. Byliśmy w trójkę z moim rodzeństwem i sąsiadką w domu. Mama zadzwoniła po dzienniku telewizyjnym, bo koleżanki i koledzy powiedzieli jej, że coś przydarzyło się księdzu Jerzemu. Pani tak chodzi normalnie, czy pani nie oglądała dziennika? — pytali ją. Obejrzeliśmy drugie wydanie i odwiedziliśmy się o porwaniu. Dla nas był to szok. Przez kilka nocy nie spałem, nie mogłem dojść do siebie, bez przerwy płakałem”— wspomina pan Marek.
Pamięta także, że najgorsza była dla nich bezczynność. Dlatego wkrótce po porwaniu, gdy jeszcze nie było wiadomo, co się stało całą rodziną pojechali na Żoliborz. „Mama powiedziała, że nawet jak ksiądz Jerzy się odnajdzie, to będzie potrzebował naszej pomocy” — twierdzi pan Marek. W międzyczasie z Niemiec wrócił ojciec pana Marka, Józef Popiełuszko. „Tato, gdy tylko się dowiedział, co się stało, tej samej nocy wsiadł w samochód i przyjechał. Opowiadał, że na granicy trzymali go trzy godziny. Mówili: co, zostawił pan brata za granicą, a sam wrócił do Polski? Chcieli go upokorzyć i jeszcze bardziej wyprowadzić z równowagi”— powiedział pan Marek.
Potem była identyfikacja zwłok i pogrzeb. „Tato poznał go po znamieniu rodzinnym na klatce piersiowej. Mówił, że ciało było tak skatowane, język wyrwany, że nic innego oprócz znamienia nie rozpoznał” — powiedział. Pan Marek pamięta, że matka księdza Jerzego była bardzo dzielna. „Gorzej było z dziadkiem. Ksiądz Jerzy był z nim bardzo blisko. Dziadek trudno to przeżył, nie potrafił się powstrzymać od płaczu” — stwierdził.
Z pogrzebu pamięta nieprzebrane tłumy, ludzi wchodzących na drzewa i dachy. Pamięta też kościół na Żoliborzu. „Znicze i obrazki księdza Jerzego były właściwie wszędzie. Chodnik dookoła kościoła był cały w zniczach. Całe ulice były w zniczach. Powstał pomysł, ludzie chcieli usypać kopiec dla księdza Jerzego, coś na wzór Kopca Kościuszki. I zaczęli usypywać na ulicy wiele małych kopczyków, przynosili tam znicze i kwiaty”— powiedział pan Marek.
Nie mógłby nie pojechać na beatyfikację
140 tysięcy wiernych, około 100 biskupów i 1,6 tysiąca księży zgromadziła 6 czerwca na placu Piłsudskiego w Warszawie beatyfikacyjna Msza św. Pierwsze rzędy zarezerwowano dla 20 członków najbliższej rodziny, pośród której znaleźli się również państwo Urszula i Marek Popiełuszkowie. „Dla mnie było to święto. Byłem na wielu rocznicowych Mszach i zawsze były one z dużą pompą. Zawsze przychodziło dużo ludzi, biskupów, ale zawsze było bardzo smutno. A teraz było radośnie. To była Msza zwycięstwa”— powiedział pan Marek. Zapytany czy czuł się dumny, stwierdził, że owszem poczuł się wyróżniony, ale nie wie, czy nazwałby to dumą. Szczególnym momentem podczas beatyfikacji było dla niego wniesienie relikwii błogosławionego. „To było bardzo wzruszające. Ksiądz Jerzy w końcu po tylu latach został doceniony”— powiedział pan Marek.
Czy modli się za wstawiennictwem błogosławionego? „Dalej rozmawiam z nim jak z wujkiem” — powiedział. Inni członkowie rodziny Popiełuszków doznali specjalnych łask za wstawiennictwem księdza Jerzego. „Tato od lat ma na języku raka i nie bierze żadnych lekarstw, a choroba przestała się rozwijać. Jest przekonany, że to dzięki wstawiennictwu swojego brata. Podobnie ciocia, od wielu lat żyje ze zdiagnozowanym rakiem piersi” — powiedział pan Marek.
Na kilka dni przed beatyfikacją rodzina Popiełuszków obchodziła jeszcze inne święto — stulecie urodzin matki księdza Jerzego, Marianny. „Urodziny babci obchodziliśmy dość spokojnie. Były życzenia, przyjechał wojewoda, burmistrz, chyba jakaś stacja telewizyjna” — powiedział pan Marek.
Zapytany o kondycję matki ojca Jerzego stwierdził: „babcia podpiera się laską, ale trudno dogonić ją po schodach. Jeszcze niedawno kopała ziemniaki w polu”.
Jako najmilsze wspomnienie związane z księdzem Jerzym pan Marek przywołał wakacje w Warszawie tego szczególnego, 1984 roku, na kilka miesięcy przed tragedią. Powiedział: „chodziliśmy po starówce, po sklepach, poszliśmy na lody”.




