Ten, który zaufał Bogu
Wciągu pięćdziesięciu lat kapłaństwa proboszczem był tylko przez rok i nigdy nie tęsknił za tą funkcją. Największą radość sprawia mu, gdy ludzie, którym pomaga wychodzą na prostą. Twierdzi, że pieniądze potrzebne na utrzymanie jego działalności zsyła Opatrzność Boża. Ojciec Błażej Edward Karaś, franciszkanin, bo o nim mowa, 7 czerwca obchodził 50. rocznicę święceń kapłańskich. Jest Polakiem, choć w Polsce spędził niecałe 10 lat swojego życia. Od niepamiętnych czasów zajmuje się biednymi. Sam twierdzi, że nie szukał z nimi kontaktu, ale jak mówi: „tak mi jakoś stanęli na drodze i nimi się zająłem”.
Smutne dzieciństwo
Urodził się dziesięć lat po zakończeniu pierwszej i dziesięć lat przed wybuchem drugiej wojny światowej w rodzinie z dziesięciorgiem dzieci. Ziemie, na których spędził prawie dziesięć pierwszych lat swojego życia były miejscem akcji „Ogniem i mieczem” Henryka Sienkiewicza. Rodzina Karasiów zawędrowała na Podole, gdyż nie tylko u Sienkiewicza, ale także w rzeczywistości znane ono było z bardzo urodzajnych ziem. Można było je, jak pamięta ojciec Błażej, w miarę tanio kupić, dobrze tam gospodarzyć i łatwo utrzymać rodzinę.
Pewnej nocy, o czwartej nad ranem, gdy nie miał jeszcze dziesięciu lat, w środku zimy rodzinę Karasiów zbudziło walenie do drzwi kolb karabinów. „To było trzech rosyjskich żołnierzy. Powiedzieli, że dla naszego bezpieczeństwa wywożą nas na Sybir. Byliśmy jak sparaliżowani. Ojciec mój już wtedy nie żył. Mama była w szoku, wzięła do ręki siekierę i próbowała nią wypędzić żołnierzy. Pakowanie trwało ponad godzinę, na dworze czekały sanie, na które wsadzono małe dzieci. Dorośli szli obok. Potem władowali nas do towarowych wagonów”, wspomina ojciec Karaś.
Życie na Syberii nie było łatwe. Dorosłych zmuszano do pracy przy wyrąbie drzewa. Za miejsce zamieszkania służył im stary barak, który zimą uginał się od nadmiaru śniegu i który, jak mówi ojciec Błażej „dużo widział”. Podczas dwuletniego pobytu na Syberii chodził do szkoły tylko przez dwa tygodnie. Potem: „było za zimno, nie miałem odpowiednich butów i było zbyt niebezpiecznie, aby chodzić kilka kilometrów w taką pogodę”, twierdzi. Wykończona ciężką pracą, surowym klimatem i brakiem podstawowego pożywienia rodzina Karasiów z radością, ale też i wieloma lękami przyjęła wiadomość o odzyskanej wolności. „Bez pieniędzy i dostępu do jakiegokolwiek środka lokomocji nie wiadomo było, jakim sposobem się stamtąd wydostać” – wspomina ojciec Błażej.
Drogi młodości
Dzięki Opatrzności Bożej i pomocy kilku osób rodzina Karasiów, uszczuplona o siostrę ojca Błażeja, która zmarła i została pochowana na miejscu zesłania, w końcu opuściła Syberię. Podróż w stronę Kazachstanu na południe do Kirgizji, aby przedostać się do Iranu, okazała się długa, uciążliwa i zabójcza dla matki ojca Błażeja. „Bez prowiantu weszliśmy na pokład okrętu, którym mieliśmy przepłynąć róg Morza Kaspijskiego. Każdy z naszej rodziny był słaby i wykończony, mama nie miała już sił na nic, pamiętam jak leżała na pokładzie i prosiła o wodę. Z okrętu musieli ją znieść. Prosto stamtąd wzięli ją do polowego szpitala. Tak właśnie dopłynęliśmy do Pahlevi w Iranie”- wspomina ojciec Błażej. Sam, chory i wycieńczony został natychmiast odwieziony do szpitala dziecięcego. Nie wiedział wówczas, że ostatnim wspomnieniem jego matki będzie ów widok leżącej na pokładzie okrętu.
Myśl o wyborze kapłaństwa jako drogi życiowej przyszła do niego niemal naturalnie. Jemu samemu trudno powiedzieć dokładnie, kiedy. Być może było to już w Indiach, gdzie wraz z rodziną zawędrował z Iranu. Być może było to wtedy, gdy jako kilkunastoletni chłopak po nauczeniu się na pamięć wszystkich łacińskich formuł i zdaniu egzaminu na ministranta sam był gotów, by przygotowywać innych młodych chłopców do tej funkcji. Być może wtedy, gdy jako siedemnastolatek znalazł się w Ameryce na zaproszenie ojców franciszkanów pomagających osieroconym podczas wojny dzieciom. A być może podczas nauki we franciszkańskim gimnazjum, po ukończeniu którego wstąpił do nowicjatu franciszkanów w miejscowości Pulaski w stanie Wisconsin.
Jego największa miłość
Od momentu otrzymania święceń kapłańskich, kiedy to pracował w drukarni franciszkańskiej, przetłumaczył Konstytucje Trzeciego Zakonu na język polski i zredagował książkę wyjaśniającą regułę Trzeciego Zakonu, minęło dziesięć lat zanim odkrył prawdziwą miłość swojego życia kapłańskiego, biedę. Inspiracją była zachęta ojca profesora Sergiusza Wróblewskiego. Franciszkanin namawiał, aby współbracia zamieszkali wśród biednych. „Zachwyciłem się pomysłem, sam przecież przeżyłem wiele bied, zgłosiłem się jako ochotnik”, mówi ojciec Błażej. Żył z biednymi, z nimi jadał, rozmawiał, z nimi się modlił, przeżywał ich troski i radości. Wszelkie pieniądze, które otrzymywał jako wynagrodzenie za, na przykład, odprawianie Mszy św. w języku polskim, przeznaczał właśnie na nich, na ludzi walczących z nędzą. Pomimo, iż w ciągu pięćdziesięciu lat swego życia kapłańskiego kilkakrotnie wyjeżdżał z Chicago - do Anglii, Polski, na studia w Steubenville, czy misje w miejsce swego zesłania w Rosji — po powrocie zawsze wracał do tych, których szczególnie umiłował, do ubogich.
Anawim
Obecnie życie ojca Błażeja związane jest z grupą osób zmagających się z uzależnieniem alkoholowym Anawim. Wraz z około pięćdziesięcioma mężczyznami mieszka w dawnym domu zakonnym przy misji św. Trójcy. „Kiedy pracowałem w domu dla biednych Friendship House zjawił się tam pewien Polak. Powiedział, że właśnie wyszedł ze szpitala i że chce być trzeźwy, ale nie ma niczego i nie wie, co ma zrobić”, mówi ojciec Błażej. Wtedy przyszedł mu do głowy pomysł, aby otworzyć dom dla tych, którzy chcą stanąć na nogi. Nazwał go hebrajskim słowem anawim, bo oznacza ono biednych, którzy pokładają ufność w Bogu. Ojciec Błażej sam przyznaje, że ufność Bogu jest czymś najcenniejszym w jego życiu. Jak twierdzi: „Przejść miałem wiele, ale Opatrzność Boża zawsze czuwała” i jak pokazują owoce jego pracy, nadal czuwa nad nim i dziełem jego życia: niezliczonymi ubogimi i uzależnionymi, którzy dzięki niemu nauczyli się i wciąż się uczą jak należy żyć.


