Catolico: Periódico oficial en Español de la Arquidiócesis de Chicago

Otoczyć życie troską

Alicja Pożywio

Edyta trafiła tam po tym, jak z kilkumiesięcznym niemowlakiem znalazła się na ulicy. Straciła pracę, bo pracodawcy dowiedzieli się, że jest w ciąży i nie chcieli kobiety z brzuchem. Oszczędności i pieniądze ze sprzedaży mieszkania nie wystarczyły na długo. Bez rodziny i przyjaciół poczuła się bezradna w wielkim mieście. Grażyna z kolei nawet nie myślała, żeby szukać jakiegoś schronienia. Wszystko, czego pragnęła, to pozbyć się tego niechcianego dowodu na to, że tamta noc była prawdą. O wiele bardziej wolała, żeby wspomnienie tego, gdy on wdarł się do jej mieszkania i wziął siłą to, czego ona mu dać nie chciała, było złym snem. Pod skrzydłami zakonnicy znalazła się niemal wbrew swojej woli. Ten dom jeszcze wtedy nie istniał, więc na początek zamieszkała razem z zakonnicami, w klasztorze.

Zaczęło się na Boże Narodzenie

Dom Samotnej Matki założony został przez Misjonarki Chrystusa Króla dla Polonii rok temu. Od tamtego czasu schronienie i opiekę pod jego dachem uzyskało dziesięć kobiet i kilkanaścioro dzieci. Choć o założeniu takiej placówki misjonarki myślały już od jakiegoś czasu, w tym celu założyły nawet fundację Totus Tuus to iskrą, od której wszystko się zaczęło był dzwonek telefonu na cztery dni przed Bożym Narodzeniem w 2008 roku. Po drugiej stronie słuchawki, siostra Marta Cichoń usłyszała alarmujący głos znajomego, że trzeba pomóc pewnej dziewczynie, która myśli o usunięciu ciąży. Działać trzeba było natychmiast, bo jak informował: lekarz zaopatrzył ją w farmakologiczne środki aborcyjne. Podał adres. „Pojechałam, ale okazało się, że nikt taki tam nie mieszkał. Coś mnie tknęło, żeby sprawdzić wszystkie domy pod podanym numerem na różnych ulicach w tamtej dzielnicy. Chodziłam od domu, do domu i szukałam. W końcu znalazłam ją i przywiozłam do klasztoru”, mówi siostra Marta. Grażyna spędziła z misjonarkami Boże Narodzenie. Wiadomym jednak było, że na dłuższą metę nie mogła mieszkać w zakonie. „Był to dla nas sygnał, że trzeba szukać domu. Zaczęłyśmy tuż po Świętach Bożego Narodzenia. 23 maja kupiłyśmy dom wymagający częściowego remontu, 15 czerwca wprowadziła się tam pierwsza kobieta, a 20 sierpnia urodziła dziecko, pierwszego małego lokatora. Była to Grażyna i jej mały synek”, mówi siostra Marta.

Dom, czy instytucja?

„Dobrze wiem, jak żyje się w tego typu domach finansowanych przez rząd” — mówi Edyta. Opowiadała jej koleżanka, że w jednej sali jest tam około dwudziestu piętrowych łóżek, a na każdym z nich matka z małym dzieckiem. „Tutaj żyjemy dobrze, jedna drugiej pomaga. Warunki mamy bardzo dobre.”, mówi. Dom składa się z trzech poziomów, na każdym z nich znajdują się dwie sypialnie, kuchnia, łazienka, pokój dzienny. Choć drobne prace remontowe jeszcze trwają, znaczna część oddana jest już do użytku.

„Większość prac remontowych i wyposażenia pochodzi z ofiar i darowizn” — twierdzi siostra Marta. Na pytanie jak w dzisiejszych czasach można znaleźć tak hojnych ofiarodawców, uśmiecha się i mówi: „chodzę do sklepów, do ludzi i żebrzę. Opowiadam o tym, jaki prowadzę dom i że potrzebuję pomocy.”, mówi siostra. Kiedyś, gdy kupowała piec centralnego ogrzewania, pomimo dużej zniżki ofiarowanej przez właścicieli sklepu, suma do zapłacenia i tak pozostała wysoka. Wtedy jeden z majstrów zdjął z głowy czapkę i przeszedł z nią po sklepie tłumacząc, na jaki cel ludzie mają dawać pieniądze.

Współodpowiedzialne za funkcjonowanie domu muszą czuć się też wspólnoty działające przy parafii, którym siostra Marta przewodniczy. Bo jak inaczej można by wytłumaczyć fakt, że także i oni pomagają jak mogą. A pomagają na różne sposoby — w przypadku młodych wymalowaniem ścian, albo jak inni, zakupem pralki i suszarki, albo złożeniem donacji, czy ofiarowaniem mebli.

Ale nie można tam żyć wiecznie

Mieszkanki domu zdają sobie sprawę z tego, że kiedyś będą musiały się stamtąd wyprowadzić. Regulamin mówi, że: „kobiety są przyjmowane na okres określony. Każda kobieta może przebywać do czasu porodu oraz po porodzie, jednak nie dłużej niż rok”. Edyta twierdzi, że to i tak bardzo dobrze. „Dla mnie rok minie w lutym. Za kilka dni przyjedzie moja siostra z Polski, będę mogła, więc poszukać jakiejś pracy, a ona będzie opiekować się dzieckiem”, mówi. Ma nadzieję, że szczęście się do niej uśmiechnie. Chciałaby zdobyć jakiś zawód, wie jednak, że do lutego nie zdąży. Dlatego złożyła podanie do Catholic Charities o pomoc w utrzymaniu taniego mieszkania. Ma nadzieję, że się uda i że do lutego będzie już na swoim. „Teraz najważniejsza jest ona. Nie zawsze tak było. W ciąży byłam załamana, miałam różne złe myśli”, mówi patrząc na swoją ośmiomiesięczną córeczkę. „Chciałabym żeby była szczęśliwa”, dodaje.

Grażyna jest w trochę innej sytuacji. Od kilku miesięcy jest z nią jej ciocia. Przyjechała z Polski, bo jak twierdzi: „ktoś przecież musiał jej pomóc”. Pewnego razu, będąc w katedrze w swoim rodzinnym mieście, zobaczyła hasło: „Otoczcie życie troską”. Co to znaczy w praktyce — pytała. Odpowiedź nasunęła się, gdy pomyślała o swojej bratanicy samotnie walczącej o życie i zdrowie jej kilkumiesięcznego synka. „Zwolniłam się z pracy, w Polsce mam emeryturę, ale pracowałam, jeszcze na pół etatu. Nigdy nie myślałam, że będzie taka sytuacja, praca zawsze była dla mnie czymś ważnym”, mówi. „Nie żałuję decyzji. Bardzo kocham synka Grażyny. Pomimo, że on sam ma wiele problemów zdrowotnych daje nam dużo siły”, twierdzi. Zostanie z Grażyną tak długo, jak tylko będzie to możliwe. Chce, aby jak najszybciej się usamodzielniła.

W Domu Samotnej Matki mieszka aktualnie sześć kobiet i siedmioro dzieci. Tych, które korzystają z jego pomocy jest jednak znacznie więcej. Wiele otrzymuje od nich pomoc doraźną: odzież, żywność, wsparcie duchowe i moralne. Cztery kobiety, po uzyskaniu pomocy opuściły już dom. Część z nich wróciła do rodziny, do Polski, część znalazła pracę pozwalającą na utrzymanie samych siebie i dzieci. Dla mieszkanek domu jest oczywiste, że jego motorem i duszą jest siostra Marta. Energiczna, niska, szczupłej postury zakonnica jest jak instytucja. „Jest osobą niezwykłą, ma w sobie, niebywały charyzmat. Ma podejście zarówno do dzieci jak i do dorosłych. Ma zmysł organizacyjny, ale przede wszystkim otwarte serce”, mówi ciocia Grażyny. Siostra Marta jednak twierdzi, że jej rola sprowadza się do bycia narzędziem Opatrzności. Twierdzi:„to nie ja, ale Pan Bóg i nasz zakon są prawdziwymi autorami tego dzieła”.